Witaj smutku, a ze smutkiem mi do twarzy…

keep_breathing

Tak w ogóle to mam wewnętrzne ADHD, niektórzy mówią, rodzinne ADHD. Na szczęście to mija z wiekiem, tak jest u mnie. Bo to męczy jak człowieka tak nosi. Ale przychodzi czas, że zastygam. Są to godziny, jest to dzień lub dni parę… Pojawia się smutek. Przychodzi, nieproszony, czesto ot tak sobie…

Wtedy odpoczywam. Już nie biegnę, już nie pędzę, już nie muszę… Kiedyś od tego uciekałam, odcinałam ten niespecjalnie chciany stan. Bo smutek jest nie w modzie. Bo teraz trzeba się cieszyć i lecieć, bo czas goni…

I leciałam za tym króliczkiem, bo za czymś trzeba, właściwie nigdy go nie złapałam. Męczące to było bardzo i potem przychodziły chandry i smutki, ale w wersji mocniejszego kalibru. Bo smutek, którego się nie doświadczy, wraca. Ale już w innej formie.

Teraz właściwie nie ma pozwolenia na smutek. Teraz są tabletki szczęścia, bo smutek jest niewygodny. Nieefektywny. Smutny człowiek niepokoi. A już smutnej kobiety to się wszyscy boją prawie.

Teraz smutek się nazywa się często jednostkami chorobowym, czasami zbyt pochopnie nadaje się etykietki jak : apatia, depresja, bio-polar itd i karmi się tabletkami. Teraz tak łatwo się diagnozuje. Aż strach się zbyt długo smucić. Aż strach za długo czuć żal i być załamanym po stracie kogoś bliskiego, po rozstaniu, po trudnych rzeczach, które nas mocno dotknęły.

A ja staram się polubić mój smutek wtedy kiedy przychodzi i potem on odejdzie. Pozwalam sobie wyłączyć opcję „i do przodu” i włączam opcje „na przeczekanie” czyli tzw. standby… I wszystko wtedy widzę jak przez mokra szybę, mniej bodźców odbieram i też mniej daję. Moje maksiarstwo dostaje wolne.

A potem wracam. Wciąż jako maksiara, która próbuje się zreformować. W tym szalonym świecie…

Reklamy

Autor

Mama z prądem i pod prąd

Nazywam się Sylwia. Jestem, czy też inaczej, wciąż uczę się być kobietą, żoną, matką. Wychodzi mi to różnie. Mieszkam juz szmat czasu na Zielonej Wyspie. Tak to się ułożyło, nie planowałam tego tak, ale to życie rozdaje karty... Więc jestem też cudzoziemką...

4 myśli na temat “Witaj smutku, a ze smutkiem mi do twarzy…”

  1. Wydaje mi się, że też czasem wpadam w taki stan, o jakim piszesz. Choć nie wiem, czy nazwałabym go smutkiem:)

    Zazwyczaj prowadzę dość aktywne życie. Pod względem pracy, spotkań towarzyskich, rodziny. Ale czasem muszę się po prostu wyłączyć. Mieć czas, żeby poukładać myśli. A może też czasem po prostu nie myśleć. Trwa to zazwyczaj kilka dni. Odcinam się od wszystkiego.
    Wygląda to trochę na taką wegetację. A ja wtedy po prostu odpoczywam.
    Mój mąż nazywa to „ludziowstrętem”;) Ale myślę, że to raczej dla mnie taki detoks. Głównie psychiczny. I każdy człowiek chyba potrzebuje czegoś takiego. Zanurzenia się w takiej jakiejś melancholii. By naładować baterie, zostawić za sobą różne rzeczy.

    Lubię to

    1. Bardzo mi się podoba to pojęcie „detoks” w kontekście smutku czy melancholii. Pamiętam, że kiedyś tam miałam też, to wycofywanie się od ludzi, jak mówisz „ludziowstret”, to było zanim urodziłam dziecko, wtedy bardzo intensywnie pracowałam i miałam bardzo bliska styczność ze zbyt dużą ilością ludzi…
      Myślę, że ten smutek czy melancholia to poprostu wentyl bezpieczeństwa…

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s