Ja, mój poród i położna z Malezji…

The Doulas3

Jestem zacofana, bo średniowiecze się skończyło, medycyna poszła naprzód i zamiast gryźć kawał drewnianego patyka zębami, rodząca może mieć epidural albo inne takie tam „po kokardkę”, aby rodzić dziecko z uśmiechem na ustach…a mi się to nie podoba.

Uważam, że świat pędzi naprzód z taką prędkością, że nie ma czasu patrzeć na nic, a nam tylko ten pęd dzwoni w uszach i posłusznie trzymamy się tego świata, tak jak prawie wszyscy. I my też nie patrzymy na nic.

Żyjemy szybko to i rodzimy szybko, rach ciach, ma być jeszcze ładnie, bez krwi, potu, wysiłku. Bez zatrzymania się. Bo co to poród? Ach, trzeba podejść zadaniowo, konstruktywne, zaplanować, być decyzyjną i będzie tak jak z wszystkim innym. Odhaczone. „Tick”. 

Kiedyś poród to był rytuał przejścia. Dziewczyna, a właściwie już Kobieta, bo nie Dziewica, stawała się Matką. Przechodziła na następny stopień w hierarchii społecznej. Sam poród był wydarzeniem, w którym uczestniczyły tylko kobiety. Te, które to miały już za sobą. Niosły ukojenie, wsparcie, radę. Przeprowadzały bezpiecznie przez strach, ból, zwątpienie, poczucie kompletnej bezsilności i niemocy. Na drugą stronę, gdzie dostawałyśmy siłę.

Trzymały nas ciepłe ręce kobiet. Było ciemno i płonął ogień. 

Potem przyszła medycyna z maseczkami na twarzach, białymi aseptycznymi kitlami, silikonowymi rękawiczkami, zimnymi metalowymi narzędziami i ostrym światłem lamp… 

Nie wiem jak to możliwe, że w tym całym moim zakręceniu te parę lat temu, bo w obcym kraju, bo końcówka ciąży zagrożona i niebezpiecznie dla mnie i dla dziecka i dziecko zdecydowało jeszcze, że przychodzi wcześniej i nie będzie żadnego wywoływania, ja wierzyłam, że będzie dobrze. Nie bałam się. Zaufałam.

No i była Esther. Ja ją sobie wymyśliłam. Cudowna, nieduża, trochę krępa, o skośnych oczach. Wciąż się uśmiechała. I na dzień dobry, powiedziała mi, że w tej bajce to ona jest szefem. I była. I we dwie urodzilśmy. Tylko my, dwie Kobiety. Ona już była Matką i pomogła mi być Matką. 

I było to wszystko krew, pot. I ranek i przymkniete żaluzje, żeby nie było ostrego światła. Bez łez. Bez dramy. I był ból, który rozrywał na kawałki, znikał i potem wracał. I wszystko czułam. Chciałam czuć. To przecież było moje. Ten ból był po coś, wiedziałam co się ze mną dzieje i z jakiego powodu. I ja tego bólu już nie pamiętam. Pamiętam Esther, jak trzymała mnie kiedy już nie mogłam i mówiła, że dam radę.

Nie wiem jak to by było bez niej. Nawet o tym nie myślę. Było tak jak miało być. I dało mi to Siłę.

I wierzę, że mojemu dziecku też. Bo on też zawalczył. Ja mu pozwoliłam… 

 

Reklamy

Autor

Mama z prądem i pod prąd

Nazywam się Sylwia. Jestem, czy też inaczej, wciąż uczę się być kobietą, żoną, matką. Wychodzi mi to różnie. Mieszkam juz szmat czasu na Zielonej Wyspie. Tak to się ułożyło, nie planowałam tego tak, ale to życie rozdaje karty... Więc jestem też cudzoziemką...

9 myśli na temat “Ja, mój poród i położna z Malezji…”

  1. Taki off topic— jest taki cykl płyt: „Kołysanki całego świata” choć okładki płyt się rozpadają, zawartość muzyczna godna uwagi. Czy przeżywanie porodu zależne jest od współrzędnych, tak, oczywiście— i uwarunkowany kulturowo.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s