… Łzy, bezsilność… Mężczyzna o swoim życiu na emigracji… Historia prawdziwa.

FB_IMG_1460722849977

17 września 2014 przybyłem droga lądowa na terytorium UK. To zabawne ale większość imigrantów może zapomnieć daty niektórych świat w Polsce, rocznic, czyichś urodzin ale każdy, nawet obudzony w nocy pamięta ten dzień, zwłaszcza Ci którzy zjechali na dłużej niż planowali a przeważnie na zawsze.
Po 12 latach związku a 6 w małżeństwie i z prawie 6 letnią córeczką podjęliśmy decyzję o rostaniu.

Prawie dwa lata próbowaliśmy ratować nasz świat. Decyzja o wprowadzeniu się z domu zbiegła się z dwoma wydarzeniami. Stratą pracy i tragiczną śmiercią ojca mojej długoletniej przyjaciółki która już prawie 10 lat mieszka ze swoim mężczyzną w Uk. Oboje są moimi znajomymi.
Prozaiczne, pogrzeb, stypa, wódka, wspomina, łzy. Wszystko załatwili w nie całe 2 miesiące i z ostanią wypłatą z pl wyruszyłem na wyspy. Slough, małe miasto w 6 strefie Londynu.
Żonie zostawiłem całe wyposażenie mieszkania które było w kredycie na teściów. Mieszkanie pod wysoki standard. Cała kasa ślubna plus z bieżących oszczędności poszło w remont i wyposażenie. Co kwartał weekend w górach, normalne 2 tyg wakacji w roku.
Zabrałem 2 torby ciuchów i osobiste rzeczy. Resztę miałem zabrać po powrocie. Na miejscu od razu dostałem pokój, kartę telefoniczną i rower by dojeżdżać na kuchnię. 12 km. W jedną stronę. Na 12h zmiany. Po 12 latach jeżdżenia autem. Dramat. Pot, krew, łzy, bezsilność. Plan był na 9 miesięcy, góra rok. Odłożyć na wynajem mieszkania, przystosowanie dla dziecka i znalezienie pracy na max 2 zmiany. W międzyczasie poszły papiery rozwodowe. Na tydzień przed Bożym Narodzeniem i piatymi urodzinami dziecka poinformowała mnie że jest z kimś, od października. Święta, sylwester i karnawał piłem. Ledwo utrzymałem pracę. Doszedłem do normy.
Polubilismy się z Marcinem, jej facetem. Relacje między mną a eks były najlepsze od kilku lat. Dziecko lekko odczulo tą sytuacje. Dzięki pracy całej trójki.
We wrześniu postanowiłem po powrocie z urlopu w Belfascie się tam przeprowadzić. W grudniu na tydzień świąteczny ściągnąłem ich do mnie. Na Święta. Pokazałem Belfast, klify i inne atrakcje Irlandii Północnej osiągalne autem w jeden dzień. W całości za moje pieniądze. Moja eks była już z Marcinem w ciąży. Oni wrócili do kraju a ja miesiąc temu do Slough. Obecnie moja eks i Marcin się rozstali a do porodu zostało kilka dni. Wysłałem wyprawkę dla niemowlaka, zwiekszylem alimenty dobrowolnie o 50%. Dalej mamy bardzo dobry kontakt. Wszystkie sprawy dziecka omawiamy razem, z córa rozmawiam co najmniej raz w tyg. Osiągnąłem bardzo silną pozycję zawodową która pozwala mi na patrzenie w przyszłość spokojnym okiem.

Wiele lat się wzbranialem przed wyjazdem zarobkowym. Teraz nie widzę sensu wracać. Zwłaszcza teraz. Jeśli się uczciwie pracuje i chce się pracować, nie trudno jest o szacunek u Brytyjczyków. Za przeciętne wynagrodzenie można spokojnie żyć na średnim poziomie bez wyliczania czy martwienia się o jutro. Ale to ma swoją cenę. Nie raz bardzo wysoką i gorzką. Nie każdego stać na odwagę by spróbować a później wytrwać. A imigracja zmienia ludzi. Bardzo. Raz bardziej, raz mniej, na lepsze lub gorsze. Ale zawsze w krótkim czasie stajemy się innymi ludźmi. Każdy ma swoją historię. Zazwyczaj smutną, tragiczną, desperacką. Zazwyczaj zmieniającą życie i miejsce zamieszkania na zawsze. Urlop w kraju przypomina wizytę bogatego nastolatka z dużego miasta u babci na wsi. Buty, telefon, konsola. Pusta chwila chwały by po chwili zobaczyć jak wracają zmęczeni do domów z rodzinami i normalnym życiem. A my? Do rodziców lub rodzeństwa. Kilkudniowy hotel który pamiętamy doskonale, każdy kąt i miejsce gdzie co jest, ale zmiany które zachodzą podczas kilku miesięcznej nieobecności sprawiają, że caraz ciężej dostrzec tam swój dom rodzinny. Teraz to dom w którym mieszka twoja rodzina. I po kilku dniach, tygodniu wracamy na swój pokój, do swoich lokatorów z flatu i znów wpadamy w cotygodniowy tryb życia. Pojęcie wolny weekend odchodzi w zapomnienie. Dwa najważniejsze dni tygodnia to teraz dzień offa i piątek rano. Data w kalendarzu też nie jest ważna. Opłaty idą same z konta, o urodzinach i wszelkich innych ważnych datach przypomi Fejsbuk. Dzień tygodnia i godzina. Brak polskiej telewizji zaczyna cieszyć. Portale typu youtobe, CDA, zalukaj czy oficialnie VOD z darmowym archiwum pozwalają zapełnić lukę za czymś po polsku. Polskie sklepy są praktycznie każdym większym mieście. Im więcej Polaków tym lepszy wybór. Po przyjeździe raczyłem się nieobecnym wtedy jeszcze ponownie na polskim rynku piwem EB.
Sama Wielka Brytania wywiera na nas mimowolnie zmiany. Głównie w stylu życia, postrzegania problemów dnia codziennego, kultury po tak kuriozalne jak strój, fryzura czy styl życia. Tu nie ma takiego parcia na własnościowe M. Kotwica do życia tylko tutaj i z łańcuchem długości trochę większej niż opłacalność dojazdu do pracy. Tu się wynajmuje. Dziś tu, jutro tam. Sam to bardzo dobrze przetestowałem. Dla mnie rewelacja. Tygodniowe wypłaty. Płacisz rent, odkładasz czesc na miesięcznie opłaty jeśli masz i tylko 6 dni do przeżycia. Tyle na ciuchy, relatywnie tanie do zarobków, kosmetyki chemia jeśli musisz, reszta wg potrzeb. Alko, impreza, nowy sprzęt.
Proszę i dziękuję za każdym zwrotem praktycznie. Ubiór dowolny byle przyzwoity i nie obrażał innych. Często ludzie w wieku naszych rodziców czy nawet dziadków mają więcej tatuaży, kolczyków i szalonych fryzur niż jesteście w stanie sobie wyobrazić. I to jest normalne. Żyj i pozwól żyć.
Szkoda że nasi rodacy dalej potrafią niszczyć nasz wizerunek przed Brytyjczykami a dla samych siebie dalej z takim mistycznym pietyzmem pielęgnować nasze najgorsze cechy narodowe. Jesteśmy jedną z większych ale chyba najmniej spójną i zgraną narodowością na wyspach. Często są to większe lub mniejsze grupy znajomych, rodzin lub ludzi razem pracujących. Rzadko kiedy zdarza się duża, dobrze zgrana grupa. Relacje są kruche, częste konflikty, zwykle o pierdoly. Jak w reality show. W każdym domu podobne zasady, ale klimat zawsze inny. Dyżury, śmieci, itp. Prozaiczne sytacje gdzie raz np. na półkach w łazience kosmetyki stoją cały czas a gdzie indziej nawet z papierem chodzisz to toalety. Czy lodówki w pokoju a w kuchni tylko gotujesz. Jak w polskim pensionacie w Szczyrku. Tylko tam jak masz szczęście jesteś trzy tygodnie na urlopie a nie kilka, kilkanaście miesięcy. Co chwilę słychać jak to rodak rodaka strzelił na kasę lub fanty.

Jak mija pierwszy szok po przyjeździe, który trwa od kilku tyg do max kilku miesięcy i nauczy się tu żyć, egzystować, pozna zasady i wdroży w ten zupelnie inny świat zaczyna się zastanawiać jak można było tyle lat się męczyć. To są tragiczne wnioski dla kogoś, kto ma resztki patriotyzmu. Tęsknota za dzikim słowiański trybem życia, pełnymi kąpieliskami w słoneczne weekendy, sobotnim grillem na działce, pójściem na grzyby czy wypadem na weekend za miasto z czasem zostaje zduszona przez tutejszy, tygodniowy, przewidywalny, dość nudny ale niezwykle stabilny i często wyższy niż w kraju standard życia.

Litwo, ojczyzno moja…
Dopiero tu zaczynamy rozumieć Mickiewicza

Miało być kilka zdań a wyszło spore.

Anonim

Podziękowania dla osób z Gliwic, które cały czas mnie wspierały w tej cholerne drodze, Kasi – zawsze JASNY duch na mojej drodze, Oli – za te wszystkie nocne godziny rozmów i wsparcia w wypicowanej do bólu Omedze alias Kruszyna…

 

Dziękuję bardzo, że mogłam udostępnić tą historię. Mnie ona poruszyła. Poza tym jest autentyczna w każdym calu i można dokładnie poczuć co autor miał na myśli pisząc o swoim życiu. Jeszcze raz dziękuję…

Sylwia Halman Viana

Reklamy

Autor

Mama z prądem i pod prąd

Nazywam się Sylwia. Jestem, czy też inaczej, wciąż uczę się być kobietą, żoną, matką. Wychodzi mi to różnie. Mieszkam juz szmat czasu na Zielonej Wyspie. Tak to się ułożyło, nie planowałam tego tak, ale to życie rozdaje karty... Więc jestem też cudzoziemką...

22 myśli na temat “… Łzy, bezsilność… Mężczyzna o swoim życiu na emigracji… Historia prawdziwa.”

  1. Emigracja to trudny temat są ludzie, którzy łatwo przystosowują się do nowej rzeczywistości. Innym przychodzi to z wielkim trudem. Życie nasze to nieustanne wybory, decyzje i dylematy z czasem okazuje się czy były słuszne czy nie.

    Polubione przez 2 ludzi

  2. Cala prawda i to jest fajne, ze to facet napisal.Zwykle to My Kobiety placze my, przezywmy,i rzadko facet,partner,maz pisze o swoich emocjach. Faceci tez je odczuwaja tylko sa zamknieci,skryci, bo nie wypada, co inni powiedza itd. Brawo za odwage. Naprawde trzeba byc bardzo twardym zeby zwiazek wytrzymal.Czasem nie chodzi tylko o Tego Faceta czy Partnerke ,ale o warunki i sytuacje z ktorym i trzeba sie z mierzyc. Nie ma Rodzicow Siostry, Brata nikt nie patrzy nie doradzi nie osadzi i to jest wlasnie ten Nasz Czas! Nasza Chwila po, ktorej albo stajemy sie Razem silniejsi,albo kazde z Nas idzie swoja droga. Pozdrawiam zycze sily Halina w 30 letnim zwiazku malzenskim, chociaz niejeden urlop spedzalam tylko z Corka w Polsce po to zeby pewne sprawy przemyslec, poukladac, naladowac akumlatory w Naszym Polskim Domu. Pracuje w Anglii 10lat maz dluzej,ale wspieramy sie My nawzajem i Nasze 3 Corki. Oczywiscie, ze Ja tesknie, ale nie wyobrazam sobie zycia samej w Polsce. Jestem tu i zyje teraz, bo nic i nikt nie zastapi Relacji z Drugim Bliskim Czlowiekiem

    Polubione przez 2 ludzi

  3. Bardzo mocny tekst, autor w mojej opinii trochę obnażył własną naiwność ale aż żal człowieka – widac że ma dobre serce tylko trafił na zdz**ę..

    Spędziłem 2 lata w kompletnym maraźmie, rozpijając się wieczorami bo nie mogłem znieść myśli o małżonce (mniej niz 2 lata po ślubie) i malutkim synu w Polsce. Niesamowicie ciężko było na samym starcie drogi małżeńskiej zmienic całe swoje otoczenie. Tam, w tych naszych Polskich górach zostało wszystko co było mi bliskie, tu tylko praca, życie z miesiąca na miesiąc i od urlopu do urlopu. Mimo że okazji było sporo, ani myślałem rozstawać się z żoną. Kiedy nie pracowałem dobrowolnie zamykałem się w czterech ścianach kompletnie wycofany z jakiejkolwiek formy życia towarzyskiego, niczym więzień czekający na przepustkę do domu. Nie umiałem inaczej. Nie wyobrażam sobie co by się stało gdyby przydażyła mi się taka sytuacja jak autorowi tego tekstu (nie pojmuję jak można wystawić swojego faceta można powiedzieć zaraz po tym jak wyszedł z domu a potem jeszcze z kochankiem zwiedzać świat na jego koszt, komuś coś…). Szczęśliwie udało mi się tu sprowadzić żonę i synka, mieszkamy teraz razem, i mimo że często kompletnie zdani wyłącznie na siebie z dwójką małych dzieci teraz – radzimy sobie i żyjemy, tak jak umiemy szczęśliwie.

    Tutaj zrozumiałem dopiero ilu z nas buduje przysłowiowe „zamki na piasku” – żeni się zbyt młodo, ładuje się w kredyty, buduje dom „bo tak trzeba” i taki ogólny przykaz teściów/rodziców. Szczęśliwy świat osiąga to wszystko powoli, bez tego pędu. Ty masz dzisiaj, ja będę miał jutro. Tylko „módl się i pracuj”. A my Polacy chcemy wszystkiego na raz, bez opamiętania i za wszelką cenę. Nakręcamy siebie i innych (tu ukłon w stronę starszego pokolenia) że „powinieneś mieć/budować/zarabiać” – niepotrzebne skreślić. I takie sytuacje jak wyżej opisana mają miejsce. Najpierw było „mieć”, na „być” zabrakło czasu i związek się rozsypał… W rodzinie/wród znajomych mogę wyliczać na pęczki związków, gdzie zaczęło się od „mieć” – teraz albo są po rozwodzie, albo jadą na tabletkach/antydepresantach albo sprawiają wrażenie bardzo nieszczęśliwych razem(mimo niejednokrotnie pięknego, nowego domu, fajnego dziecka). Nowy dom ale w środku pustostany, i nie mam na myśli pokojów.

    Mimo że na tapecie jest powrót w nasze góry jak najszybciej, zaczynam powili zachwycać się tym nowym miejscem, tą gościnnością lokalnych ludzi, tym spokojem o jutrzejszy dzień. Ale nie przyszło to lekko i od razu.

    Polubione przez 1 osoba

  4. czytając pomyślałem, że główny motyw to jest po prostu motyw wyjechania dalej aby odnaleźć się ponownie .. nawet nie koniecznie poza krajem .. smutno się czyta o takim mieszkaniu ‚na flacie’ gdzie nie można zaufać za bardzo … chyba wolałbym coś malutkiego lecz własnego .. no a Slough to z moich obserwacji to jest jak polska wyspa na wyspie :^) …

    Polubione przez 1 osoba

  5. 17 Wrzesien…ta sama data ale inny rok….2004. Jeszcze jest entuzjazm,jeszcze jest duma z tego ze sie sobie jakos radzi na obczyznie ale to tylko niecale 2 lata….po niecalych 12 latach ten sam czlowiek opowiedzialby wszystko inaczej…..

    Polubione przez 1 osoba

  6. Mieszkam zagranica juz 11 lat,najpierw była Irandia, potem Hiszpania 6 lat, a teraz Dania 3,5 roku juz.
    Czuje sie po trochu dunska, hiszpanska i polska z lekkim irish edge. Emigracja była i jest dla mnie niesamowita przygodą.
    Tęsknie za Polską, ale też mam wrażenie, że ją strasznie gloryfikuje.
    Zakochiwałam sie w Hiszpanii, teraz zakochuje sie w Danii, troche to zawsze trwa. Początki w każdym kraju wiazały sie z pewną niechęcia zaakceptowania i podążania czyimś, obcym trybem myślenia, sposobu zachowania.
    Teraz z perspektywy myśle i czuje sie bardziej obywatelka świata, kocham Polske, ale czerpie i ucze sie od innych kultur i krajów i tak chyba już zostanie.
    Gdzie dalej ? Nie wiem. Może czas sie ustatkować, a może cieszysz sie wolnością wyboru i możliwościami.
    Emigracja nauczyła mnie odwagi, biore sprawy w swoje ręce i nie boję się chcieć.
    Pozdrawiam,
    M.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s