Matka na emigracji…

131202_r24330-895-1200-08150903

Właściwie jak jest łatwiej? Przyjechać tutaj już z rodziną, dziećmi i oswajać nową rzeczywistość razem czy lepiej urodzić dopiero tutaj? I najpierw być samej „rozpoznać teren”. Trudno powiedzieć. Nie wiem. Jestem w drugiej „grupie”… Wciąż jednak każda z nas mierzy się z podobnymi rzeczami, nieważne czy przywiozła dzieci tutaj czy też urodziła je dopiero na miejscu …

Niby wszyscy jesteśmy w Europie. Niby ta sama kultura, niby podobne zwyczaje. Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. Ale na drugi rzut oka, zaskoczone, widzimy, że inny kraj to kompletnie inny obyczaj, zwyczaje, rutyna…

Wydaje mi się, że nasze dzieci wsiakają w tą widzianą naszymi oczami „inność” dość szybko. Nawet te większe dzieci. Jakoś szybko się „moszczą”. Kiedy my wciąż stoimy w jakimś zaskoczeniu i trudno nam się zaadoptować. Nawet zacząć akceptować. Tych wszystkich różnic. Pomimo, że często te różnice działają czy są dla nas korzystne. To my nie potrafimy wziąć. Nie potrafimy odejść i porzucić cześci „starego”. Tego jak nas wychowano, jak nas uczono, a często po prostu wytresowano. Nie pozwala nam na to nasze poczucie winy… Moim zdaniem.

Patrzymy na te nasze dzieci i widzimy jak one się nam kompletnie wymykają z rąk. W tak inny świat. Biorą go, są w nim. Nawet głupia „wywiadówka” w szkole pozostawia nas z mniejszym czy większym odpadem szczęki i też jakimś strachem. Bo to wszystko takie nieznane, kompletnie inny system edukacji, podejścia do dzieci, kompletnie czego innego je uczą…

No i nasze dzieci wybierają sobie przyjaciół same. Niekoniecznie zgodnie z naszym „widzimisię” ;), niekoniecznie ich przyjaciele są z naszego polskiego kręgu znajomych. Niekoniecznie mamy po drodze z rodzicami przyjaciół naszych dzieci… Bo oni często z tak innej bajki. Ile czasu musi minąć aby nawet po prostu zaakceptować. A czasami nie staje się rąk wcale. Pozostajemy w zaskoczeniu i jakiejś wewnętrznej niezgodzie na zawsze. Pozostając niejako „w służbie” tego co zostawilysmy tam…

Trudno czasami to wszystko objąć. Zrozumieć. Zaakceptować. Tak po prostu, bez troski i zmartwienia.

Wszystko tak inaczej…

I nie zawsze jest z kim o tym porozmawiać. Bo czy nasi rodzice zrozumieją? Czy przyjaciółka z Polski zrozumie? Czy zapracowany mąż i ojciec wysłucha czy tylko puści drugim uchem.

Często zostajemy z tym wszystkim same… Bijąc się z myślami. Wciąż na nowo…

Reklamy

Autor

Mama z prądem i pod prąd

Nazywam się Sylwia. Jestem, czy też inaczej, wciąż uczę się być kobietą, żoną, matką. Wychodzi mi to różnie. Mieszkam juz szmat czasu na Zielonej Wyspie. Tak to się ułożyło, nie planowałam tego tak, ale to życie rozdaje karty... Więc jestem też cudzoziemką...

16 myśli na temat “Matka na emigracji…”

  1. A z tym to roznie bywa kochana. Co dziecko i rodzina to inaczej. Moj wtedy 8-latek a teraz 16 latek w wiele rzeczy sie wtopil, wiele rzeczy w szwedzkiej szkole lubi, woli, docenia, jako i ja a mamy tez takie ktorych nie lubimy, wolelibysmy przeniesc troche z polskiej rzeczywistosci, stworzyc twor pomiedzy, idealny… no ale tak sie nie da. W domu mozna pomieszac modele wychowania, w szkole trzeba bardziej przyjac ten zastany porzadek…

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ja mieszkam w de od ponad 2 lat. Starszy syn mial 2, 5 roku.kazdy w pl mowil ze to dziecko, jemu obojetnie gdzie mieszka a to g…prawda.maly bardzo przezyl przyjazd, zmina otoczenia inny język no i brak kontaktu z bajblizszymi, byl bardzo związany z babciami. Pol roku byl srasznie ciężki. I dla niego i dla mnie.bolalo mnie to i czulam sie źle ze go wyrwalismy z jego świata…po pół roku poszedl do przedszkola i bylo coraz lepiej.teraz zna język ma kolegow jest ok ale w pl czuje sie najlepiej i placze jak wracamy z pl do de. Tutaj urodzil sie mlodszy synuś, to juz inna bajka.dla niego jego miejsce jest tutaj…a ja? Mi caly czas nie jest to dobrze, przyzwyczailam się ale to chyba nigdy nie bedzie moje miejsce na ziemi…

    Polubione przez 2 ludzi

  3. My jestesmy w Angli 3 lata ,do jednych rzeczy przywyklismy do innych nie ,wiaze sie to ztesknota za tymi rzeczami ktore sa w Polsce a ktorych tu nie ma ale przede wszytskim za rodzina i znajomymi ,.Mozna byloby powiedziec trudno ,zyjemy tutaj trzeba sie z tym pogodzic.Mimo wszystkich dobrych rzeczy ktore nas tu spotkaly nie czuje sie tu jak u siebie.
    Dzieciom w wiekszosci udaje sie ,,wejsc „w ten swiat i zaakceptowac taki jak jest.Dla mnie raczej nie jest to osiagalne…
    Zostawiam pozdrowienia ,jeszcze odwiedze te miejsce.
    .

    Polubione przez 2 ludzi

  4. Do NI przyleciałam sama. Mąż został z trójka małych dzieci w PL. Dwa miesiące żyłam bez nich. Straszne. To facet powinien zarobić na utrzymanie rodziny. U mnie to ja zapier.dalam na rodzinę tracąc kontrolę nad dziećmi. Facet to facet. Zrobiłam to dla lepszego startu moich dzieci w dorosłe życie. I chyba polubiłam tę inną kulturę. Mówiłam sobie że moja noga więcej w PL nie powstanie a jednak. Mam zamiar lecieć tam…..Brakuje mi Polski….

    Polubione przez 2 ludzi

  5. Witam,calkiem przypadkiem wpadlam na ten blog. Ja jestem na zielonej wyspie juz 10lat, o matko tyle lat wsrod obcych sobie ludzi, obcych obyczajow i ciagle ciezko sie przyzwyczaic. Dzieci wsiakly i ja sie z tego ciesze,maja swoich przyjaciol lepszych lub gorszych ale i ja takich mialam w pl za dziecka wiec co mam im wybierac, jedyne o co moge to zadbac zeby nie robily nic glupiego ale czy sie da:). Pozdrawiam autorke i na pewno zajeze tu ponownie.

    Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s